Miasto 44 Jana Komasy to film odważny formalnie, ale nierówny narracyjnie. Imponuje skalą inscenizacji i energią obrazu, jednak jego teledyskowa estetyka, uproszczone postacie oraz momenty niezamierzonego kiczu mogą przesłonić historyczny ciężar opowieści. To seans dla widzów otwartych na eksperyment, niekoniecznie dla tych, którzy oczekują realistycznego dramatu wojennego.
Film o Powstaniu dla młodego pokolenia
Jan Komasa, znany wcześniej z Sali samobójców, otrzymał zadanie opowiedzenia o Powstaniu Warszawskim językiem bliskim młodemu widzowi. Miasto 44 miało być nowoczesne, dynamiczne i emocjonalne, ale jednocześnie nie powinno odbierać czci ludziom uwikłanym w wydarzenia 1944 roku. Premiera przypadła na siedemdziesiątą rocznicę wybuchu powstania, więc oczekiwania wobec filmu były wysokie.
Fabuła skupia się na Stefanie, granym przez Józefa Pawłowskiego, oraz Alicji, nazywanej Biedronką, w którą wciela się Zofia Wichłacz. Ich relacja rozwija się w czasie walk, lecz komplikuje ją obecność Kamy, przyjaciółki Stefana, granej przez Annę Próchniak. Nie jest to jednak klasyczna opowieść o wielkiej historii. Komasa wybiera perspektywę młodych ludzi, którzy próbują kochać, podejmować decyzje i przetrwać w mieście niszczonym przez wojnę.
Teledyskowa forma – subiektywizm czy efekciarstwo?
Największy spór wokół filmu dotyczy jego stylu. Komasa korzysta ze slow motion, dynamicznego montażu, elektronicznej muzyki i ujęć przypominających perspektywę gier FPS. W niektórych scenach kamera nie tyle rejestruje wydarzenia, ile filtruje je przez emocje bohaterów. Wojna staje się wtedy chaotycznym, niemal odrealnionym doświadczeniem, a nie uporządkowaną rekonstrukcją historyczną.
Tak można odczytać choćby scenę pocałunku Stefana i Biedronki w czasie ostrzału. Zwolnione ujęcia, pociski krążące wokół bohaterów i muzyka wyraźnie zmieniają konwencję. Dla jednych jest to próba pokazania, że w sytuacji granicznej rzeczywistość miesza się z fantazją, a miłość i lęk zyskują intensywność niemal nie do opisania. Dla innych – obraz przekracza granicę stylistycznej przesady i zaczyna przypominać teledysk albo scenę z filmu akcji.
Podobne wątpliwości budzi scena erotyczna z dubstepowym podkładem oraz fragment przeprawy przez kanały, stylizowany na kino grozy. Sam pomysł mieszania gatunków nie jest problemem. Kino historyczne może korzystać z języka horroru, gier komputerowych czy kina widowiskowego. Kłopot pojawia się wtedy, gdy forma nie pogłębia doświadczenia bohaterów, lecz odciąga uwagę od ich sytuacji. W Mieście 44 zdarza się, że obraz krzyczy o emocjach mocniej niż sami bohaterowie.
Jednocześnie nie można sprowadzić filmu wyłącznie do kiczu. Inscenizacja walk jest rozbudowana jak na polskie kino, a zdjęcia Mariana Prokopa nadają scenom batalistycznym skalę i nerw. Obrona kamienicy na Czerniakowie, próba przebicia się ku rzece czy obraz zniszczonego szpitala pokazują, że Komasa potrafi budować napięcie za pomocą przestrzeni, ruchu i szczegółu. Problemem nie jest brak pomysłów, lecz brak umiaru i selekcji.
Co zachwyca, a co rozczarowuje?
Film ma kilka wyraźnych atutów, szczególnie wtedy, gdy widowiskowość służy pokazaniu chaosu i skali zagłady:
- Inscenizacja walk – sceny batalistyczne mają rozmach i przekonującą materialność.
- Odważna wizja reżyserska – Komasa nie kopiuje tradycyjnego modelu kina powstańczego.
- Zdjęcia i montaż – dynamiczny język obrazu dobrze oddaje dezorientację młodych uczestników walk.
- Różnorodność perspektyw – film pokazuje także kobiety jako aktywne uczestniczki konspiracji i powstania.
Są jednak elementy, które utrudniają pełne zaangażowanie w opowiadaną historię:
- Płytkość postaci – bohaterowie często pozostają raczej typami niż psychologicznie rozwiniętymi ludźmi.
- Scenariuszowy chaos – wiele epizodów sprawia wrażenie luźno połączonych atrakcji.
- Nadmiar muzyki i efektów – część scen nie dostaje potrzebnej ciszy ani przestrzeni.
- Momenty niezamierzonego kiczu – niektóre pomysły formalne osłabiają tragizm zamiast go wzmacniać.
Stefan, Biedronka i problem scenariusza
Największa słabość filmu nie leży w samej nowoczesnej formie, lecz w tym, że postacie nie zawsze mają wystarczającą głębię, by tę formę unieść. Stefan jest głównym bohaterem, ale często pozostaje biernym obserwatorem. Przemieszcza się między kolejnymi etapami walk, reaguje na zagrożenie i podejmuje decyzje, lecz widz ma ograniczony dostęp do jego wewnętrznego świata.
Biedronka wypada wyraziściej, choć również jej charakter został zarysowany dość oszczędnie. Zofia Wichłacz otrzymała za tę rolę nagrodę w Gdyni, a jej kreacja jest zwykle oceniana lepiej niż występ Józefa Pawłowskiego. Dyskusja wokół obsady nie zmienia jednak podstawowego problemu: nawet dobre aktorstwo nie może całkowicie nadrobić scenariusza, który traktuje bohaterów jak elementy większej inscenizacji.
Film chce opowiadać o zwykłych młodych ludziach uwikłanych w wielką historię, ale zbyt często pokazuje ich jako symbole zamiast pełnowymiarowych osób.
Trójkąt Stefana, Biedronki i Kamy mógłby stać się sposobem na pokazanie różnic społecznych, ambicji i lęków młodych powstańców. Zamiast tego konflikt zostaje w dużej mierze podporządkowany melodramatycznej rywalizacji. Tragizm sytuacji jest obecny, lecz nie zawsze przekłada się na empatię. Widz widzi śmierć, rany i zniszczenie, ale nie zawsze czuje, że zna ludzi, których te wydarzenia dotykają.
Czy warto obejrzeć Miasto 44?
Tak, jeśli szukasz polskiego kina historycznego, które próbuje mówić współczesnym językiem i nie boisz się formalnych eksperymentów. Film oferuje kilka mocnych sekwencji, dobrze zrealizowane sceny walk i wyrazistą wizję obrazu wojny jako doświadczenia nadmiaru, chaosu oraz młodzieńczej energii.
Możesz jednak poczuć rozczarowanie, jeśli oczekujesz pogłębionego dramatu psychologicznego, precyzyjnej refleksji historycznej albo konsekwentnego realizmu. Miasto 44 jest bardziej filmowym doświadczeniem niż zwartą opowieścią. Zachwyca, gdy ufa obrazowi i inscenizacji, słabnie, gdy próbuje wymusić wzruszenie muzyką, slow motion lub efektownym gestem.
Najuczciwszy werdykt brzmi więc: warto obejrzeć, ale z właściwymi oczekiwaniami. Miłośnik kina akcji i odważnej formy może docenić jego rozmach. Widz szukający spokojnego, realistycznego portretu Powstania Warszawskiego prawdopodobnie uzna, że wizualna atrakcyjność przykryła niedostatki scenariusza.